sobota, 20 stycznia 2018

CZY MOŻNA WYLECZYĆ RAKA DIETĄ - CUD w NOTTINGHAM

Gdy na jej wątrobie wykryto sześciocentymetrowy guz, Sue Olifent nie dawano żadnych szans. Mąż Robert nie pozwolił jej się poddać, Sue przeszła więc na rygorystyczną dietę. Dzisiaj oboje opowiadają ludziom historię o tym, jak to w ich rodzinnym mieście wydarzył się cud.

Jeśli będąc w Wielkiej Brytanii, odwiedzisz któregoś popołudnia pewną kameralną księgarnię w Nottingham, najpewniej natkniesz się tam na Sue i Roberta Olifentów. Siedzą zazwyczaj przy niewielkim stoliczku, otoczeni grupką ludzi. Każda z tych osób ma raka i chce osobiście usłyszeć opowieść o cudzie z Nottingham.

W 2011 r. u Sue zdiagnozowano jedną z najgroźniejszych odmian raka, na jej wątrobie rozwinął się bowiem ponad 6-centymetrowy guz. Jedyny komentarz, jaki lekarz był w stanie z siebie wydusić, patrząc na zdjęcia z tomografii komputerowej, to: „tak mi przykro, tak mi przykro”... Zszokowana Sue wyszła ze szpitala i udała się wprost do sklepu papierniczego, gdzie wydała 25 funtów na eleganckie karty pożegnalne dla rodziny i przyjaciół.

Sześć tygodni później Sue z powrotem wylądowała w szpitalu, ale wtedy po zabójczym nowotworze pozostała już tylko niegroźna blizna. Lekarze wzruszali jedynie ramionami i wyrokowali, że musiał to być jeden z tych rzadkich przypadków „spontanicznej remisji” – nie interesowało ich, co też Sue mogła uczynić, by poprawić swój stan.
Dlatego też Sue wraz z mężem Robertem, oboje w wieku 49 lat, uznali za swój obowiązek podzielić się swoją historią ze światem. Popołudniami urządzają sesje w księgarni, a w samym Nottingham i okolicach regularnie organizują darmowe spotkania.
Robert napisał też książkę „Do You Want to Know What We Did to Beat Cancer?” (Czy chcesz się dowiedzieć, jak pokonaliśmy raka?).
Gdy Sue wróciła ze szpitala z druzgocącą informacją, że nie zostało jej wiele czasu, Robert nie przyjął tego do wiadomości. Uparcie twierdził, że na pewno da się jeszcze coś zrobić.

Przez 3 wcześniejsze lata zajmował się bowiem zbieraniem informacji o chorobie nowotworowej i alternatywnych sposobach jej leczenia.
Była to dla niego swego rodzaju misja, ponieważ w 2008 roku był świadkiem, jak jego właśni rodzice cierpieli z powodu raka i niewłaściwej opieki zdrowotnej. Oboje umarli w odstępie miesiąca, co skłoniło Roberta do czytania wszystkich opracowań na temat nowotworów, jakie tylko mógł znaleźć.
Sue martwiła się o niego, uważała bowiem, że popada w obsesję. Ale żyli dalej własnym życiem (Robert prowadził firmę czyszczącą dywany), aż kiedyś Sue zaczęła odczuwać ostry ból po każdym posiłku.
Towarzyszyło temu kilka innych problemów, m.in. kandydoza, która, o dziwo, opanowała wszystkie palce u stóp, co Sue usiłowała ukryć, malując paznokcie lakierem.
Było to jednak coś znacznie poważniejszego. Bóle zaczynały się już w chwili, gdy wkładała jedzenie do ust, jeszcze zanim zdążyła je przełknąć. Mocno straciła też na wadze; w ciągu kilku tygodni schudła aż 9,5 kg.
Wszystko to zaniepokoiło jej internistę, zalecił więc wykonanie badań. Gdy Sue poszła do szpitala w celu odebrania wyników, lekarz pokazał jej wyraźnie widoczny na zdjęciach guz na wątrobie oraz towarzyszące mu trzy mniejsze narośle na trzustce. Pokaźny guz wywierał nacisk na naczynia krwionośne organu, przez co nie można było go zoperować.
W zasadzie nic nie można było już zrobić, więc lekarz przepisał jej tabletki nasenne („będzie ich pani potrzebować”) i dał skierowanie na biopsję. Gdy jej mąż o tym usłyszał, kategorycznie się temu sprzeciwił – biopsje mogą roznosić raka po organizmie, a Robert chciał zapobiec jeszcze dalszemu rozprzestrzenieniu choroby.
– Szczerze mówiąc, gdyby lekarz zaproponował mi wtedy chemioterapię, z miejsca bym się na nią zdecydowała – mówi Sue. Ale tak się nie stało, a prywatna konsultacja, jaką Robert przeprowadził z niezależnym onkologiem, potwierdziła, że ten rodzaj raka wątroby należy do najbardziej agresywnych.
Szanse na przeżycie były praktycznie równe zeru. Specjalista ostrzegł też Roberta, że wkrótce może spodziewać się nagłego pogorszenia stanu żony, gdyż guz niebawem uniemożliwi pracę wątroby i organizm nie będzie w stanie przetwarzać i wydalać toksyn. Mówiąc dosadnie, Sue po prostu się otruje Sue nie była obecna przy tej rozmowie, ale i tak sytuacja była dla niej jasna.
– Po wyjściu z gabinetu lekarza byłam zupełnie otępiona. Wsiadłam do autobusu, ale czułam się nierealnie, patrząc na innych pasażerów zajętych rozmową. Chciałam im wykrzyczeć, że mam raka i że niedługo umrę.
Gdy była już w sklepie i wybierała karty pożegnalne, kompletnie się załamała i nie mogła przestać płakać.
Z jakiegoś powodu miała wrażenie, że wszystkich zawiodła: swojego 16-letniego syna Jordana, bo nie zobaczy, jak robi karierę i nie będzie babcią dla swoich przyszłych wnuków; i oczywiście Roberta, który wciąż cierpiał po niedawnej stracie rodziców.
Więc nic nie powiedziała Jordanowi i Robertowi. Zamiast tego zadzwoniła do najlepszej przyjaciółki, która zapewniała ją, że wszystko będzie w porządku, chociaż były to oczywiście tylko niewiele warte słowa pocieszenia. Następnie zadzwoniła do szefa, bo nie była sobie w stanie wyobrazić, że mogłaby powiedzieć to przy wszystkich i znów się załamać.
Po powrocie do domu zabrała się do zapisywania kart. Robert wówczas był jeszcze w pracy, ale niedługo później wrócił. – Serce mi waliło i nie mogłam przestać się trząść. Nie byłam w stanie ukryć przed nim swoich uczuć i emocji tak jak planowałam, to było po prostu niewykonalne – wspomina Sue.
Usiedli razem przy stole i Robert zaczął opowiadać jej o wszystkim, czego zdołał dowiedzieć się o raku przez ostatnie trzy lata, i o tym, jak można wspomóc leczenie za pomocą odpowiedniej diety i żywienia. Jako że lekarze nie mieli jej nic do zaoferowania, Sue zrozumiała, że podejście męża – mimo że wydawało jej się dosyć radykalne – to jej jedyna nadzieja.
– Usiedliśmy na spokojnie i dokładnie opowiedziałem jej o wszystkich szczegółach terapii żywieniowej raka – mówi Robert. – Doskonale pamiętam, że byliśmy wtedy w kuchni, a ja objąłem Sue ramieniem i obiecywałem jej, że wszystko będzie dobrze, mimo że czułem się, jakbym stracił z oczu brzeg i płynął w ciemności w nieznane.
Kilkoro znajomych podejrzewało, że Robert daje Sue fałszywą nadzieję.
– Bardzo mnie to złościło – wspomina. – Nadzieja to nadzieja, zawsze jest czymś dobrym i pozytywnym. W czym niby lepsi są lekarze, kiedy, jak by nie patrzeć, ogłaszają wyrok śmierci i mówią ze spokojem, że zostały ci trzy miesiące życia?
Zanim zdiagnozowano u niej nowotwór, dieta Sue była zupełnie przeciętna. Lubiła boczek, steki i ser, często jadała też biały chleb i ciasta. Ze wszystkich tych produktów musiała zrezygnować po wprowadzeniu reżimu dietetycznego przez Roberta, który sam w ramach wsparcia również zaczął go przestrzegać.
Jego program rozpoczął się od oczyszczania okrężnicy: codziennie rano przez tydzień Sue piła roztwór tlenku magnezu w wodzie. Następnie przyszedł czas na odtruwanie wątroby za pomocą mieszanki 1/3 ananasa, 1 łyżki stołowej oliwy z pierwszego tłoczenia, ząbku czosnku oraz 2–3-centymetrowego kawałka korzenia imbiru zmieszanych ze szklanką filtrowanej wody. Sue piła to codziennie rano przez 10 dni przed śniadaniem.
Wszelkie produkty przetwarzane przemysłowo, czerwone mięso i nabiał zostały wyeliminowane z jej diety i zastąpione świeżymi warzywami (na surowo bądź lekko obgotowanymi) oraz owocami o niskim indeksie glikemicznym (niskiej zawartości cukru), a więc jabłkami, gruszkami i rozcieńczanymi wodą cytrynami.
Dieta Roberta miała na celu zniszczenie środowiska, w jakim rak najlepiej się rozwija – wszystkie słodkie owoce, twarde, bogate w błonnik warzywa oraz cukry przetworzone były więc zakazane.
– Jeszcze raz podkreślam, bo nie sposób tego faktu przecenić, że guz Sue całkowicie zniknął i pozostała po nim jedynie blizna – cieszy się Robert.
Po jakimś czasie ustąpiły również pozostałe dolegliwości: paznokcie u nóg są teraz zdrowe i wolne od grzybicy, zniknęły wykwity skórne i Candida. Robert z kolei uporał się dzięki diecie z artretyzmem, dzięki czemu nie musi już brać leków sterydowych i przeciwbólowych.
Dziś minęły już trzy lata od feralnej diagnozy, a Sue nadal stosuje dietę opracowaną przez męża, chociaż, jak sama przyznaje, tęskni czasem za kanapką z szynką.
Oboje pracują obecnie na część etatu – on na farmie, ona w żłobku – ale ich życiową misją pozostaje dzielenie się swoją niesamowitą historią z każdym, kto tylko zechce ich wysłuchać. A sądząc po tłumach kłębiących się w księgarni, pragnie tego bardzo wiele osób.


Dieta, dzięki której Sue pokonała raka wątroby:

To jadła:
  • Preparaty zawierające enzymy trawienne (np. CalivitaAssimilator Coral Club)
  • Oliwa z pierwszego tłoczenia
  • Wysokie dawki witaminy C
  • Pestki moreli (B17, 30 dziennie)
  • Niacyna (B3) w suplementach
  • Świeżo wyciśnięty sok z ciemnozielonych warzyw liściastych, ogórka i selera, z jabłkiem, gruszką lub marchewką
  • Surowe warzywa i sałatki (organiczne, z lokalnych upraw)
  • Zielone warzywa liściaste, takie jak szpinak, jarmuż, brokuły, kapusta (na surowo bądź lekko obgotowana)
  • Pokarmy fermentowane dla zdrowia flory jelitowej i suplementy probiotyku acidophilus
  • Rośliny przyprawowe, takie jak cebula, czosnek, imbir, szczypiorek, kolendra
  • Bardzo duże ilości wody – co najmniej 1,5 litra dziennie
  • Niewielkie ilości białego mięsa (z hodowli organicznej) i tłustych ryb
Tego unikała:
  • Nabiał
  • Oleje roślinne do gotowania, sztuczne tłuszcze trans lub hydrogenizowane
  • Żywność przetwarzana przemysłowo
  • Produkty konserwowane, w puszkach
  • Białe pieczywo, biała mąka, biały ryż
  • Napoje gazowane, energy drinki, napoje owocowe
  • Alkohol
  • Kawa
  • Czerwone mięso
  • Bogate w błonnik warzywa, takie jak ziemniaki, rzepa i pasternak (jadła je w bardzo ograniczonych ilościach)
  • Makaron
  • Większość owoców (oprócz ananasa i organicznych jabłek i gruszek)
  • Sól kuchenna przetwarzana przemysłowo – zamiast niej można stosować sól himalajską lub celtycką (tę drugą jednak w mniejszych ilościach)

Strona internetowa Sue i Roberta: www.cancer-acts.com

piątek, 5 stycznia 2018

Z OSTATNIEJ CHWILI - NOWY WIRUS.....

Z ostatniej chwili... (od Jadwigi Gierczyńskiej)
"Rozprzestrzenia się epidemia wywołana nowym wirusem, bardziej zaraźliwym niż Ebola i nieuleczalnym. Wirus ten zdaje się mutować, rozszerzając się na cały świat. 

Jest to grypa AWAKEN (Grypa Przebudzenia) zagrażająca Systemowi, która prowadzi do klarownego i trzeźwego Umysłu. Zaczyna się niegroźnie od picia wyłącznie oczyszczonej wody pitnej i spożywania zdrowej żywności. Następnie pojawia się wyraźna antypatia do konsumowania mainstreamowych mediów, przechodząc w podwyższoną Świadomość Wspólnoty, która idzie w parze z wolnością od strachu. 
Choroba kończy się bezwarunkową miłością i wdzięcznością do Stwórcy za efekty jego inwencji. Wszystkie do dziś wypróbowane środki takie jak HAARP, chemtrails, Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej a nawet dokonywane w trybie przyspieszonym masowe szczepienia, operacje fałszywej flagi i groźby związane ze scenariuszem globalnej wojny itp. wydają się całkowicie nieskuteczne. Elita jest całkowicie bezradna!

Wyłącznie z tego powodu WHO ogłosiło najwyższy stopień zagrożenia epidemiologicznego, gdyż ten wirus może gruntownie zmienić życie na naszej planecie! Nawet wysłane przez WHO ostrzeżenie do ponad 7 miliardów mieszkańców Ziemi: „Proszę pozostać w swoim Matriksie, tam jesteście państwo bezpieczni!” przebrzmiało bez echa. Także najbardziej skuteczny antybiotyk o szerokim spektrum działania (tzn. skierowany przeciw życiu), czyli piorąca mózg dezinformująca papka masowych mediów zdaje się nie działać, gdyż zainfekowani szybko rozwijają całkowitą odporność na każdy rodzaj manipulacji.  
Osoby zainfekowane nie mogą już wrócić do swoich starych wzorców myślowych. Przez ekspertów wirus ten nazywany jest Wirusem Prawdy i jest bardzo zaraźliwy. Proszę koniecznie unikać kontaktu z ludźmi samodzielnie myślącymi i działającymi w sposób odpowiedzialny. Czas inkubacji choroby wynosi zaledwie kilka milisekund
… no, już zaświtało?

Serdecznie witamy w Wolności!
… i z każdym dniem jest nas coraz więcej!
Prof.Dr. Michael Vogt"
P.S. W tej sytuacji uprzejmie proszę trzymać się ode mnie z daleka. Jestem już zarażony

"Robienie tego, co się lubi jest wolnością.
 Lubienie tego, co się robi jest szczęściem"

środa, 3 stycznia 2018

MAGICZNI LUDZIE

Dookoła nas wszędzie są magiczni ludzie. Są to ludzie, którzy dają Ci szczęście, pomagają latać, lśnić i dać upust Twojej frustracji. Doskonale się rozumiecie i się nawzajem wspieracie.

Magiczni ludzie otaczają nas od wczesnych lat dzieciństwa i mogą pozostać przy nas do końca życia.
Nie musisz zawsze mówić „jestem po Twojej stronie”, ponieważ słowa są zbędne. Czasem spotykasz kogoś. Hipnotyzująca melodia miłości pojawia się znikąd i prowadzi Cię do tego człowieka. Ta więź jest zdrowa, czysta i otwarta na nowe doświadczenia.
Wasza przyjaźń polega na tych szczerych spojrzeniach, które zdejmują ciężar z Twoich ramion i pomagają przezwyciężyć wszelkie trudności.
Suma sumarum, inteligencja społeczna jest czymś o wiele większym niż tylko proste poświęcenie czasu na wysłuchanie. Należy również głęboko się dostroić do uczuć innych ludzi i pozwolić sobie na bardziej intymne, trwałe połączenie.
Magiczni ludzie są społecznie i emocjonalnie inteligentni, oferując ludziom dar ekspresji, co pozwala im przyciągać do siebie inne osoby.
Jak już stwierdziliśmy wcześniej, niektóre związki dają nam szansę podzielić się tym, co nas motywuje i daje energię. Takie relacje pomagają nam angażować się w życie, zachęcają do bycia lepszym człowiekiem i dostarczają światło do najciemniejszych obszarów naszych dusz.
Nawet jeśli takie zdolności są poza naszym zasięgiem, inteligencja społeczna i emocjonalna jest czymś, co każdy może osiągnąć. Zatem nie należy wykluczać możliwości, że kiedyś magiczni ludzie trafią się nam na naszej ścieżce życiowej i możliwości dzielenia się własną magią z innymi.
Obrazki wstawione dzięki uprzejmości Kristiny Webb i Anne Soline

Prawdziwych przyjaciół można policzyć na palcach jednej ręki

Prawdziwych przyjaciół można policzyć na palcach jednej ręki. Jest to stwierdzenie, któremu prawie nikt nie może zaprzeczyć. Jest to całkiem normalna sytuacja, gdyż nie możesz umieścić wszystkich swoich oczekiwań, uczuć, myśli i zainteresowań na kimś, kto pojawia się w Twoim życiu tylko na chwilę.
Jest tylko kilka osób, z którymi możesz się połączyć w tak wyjątkowy sposób, a wasze wspólne doświadczenia łączą się i spełniają Twoje potrzeby socjalne. I to właśnie są ci magiczni ludzie. Jak powiedział kiedyś Arystoteles, jesteśmy zwierzętami społecznymi i dlatego potrzebujemy tych więzi z innymi ludźmi, by czuć się kompletnie.
Magiczni ludzie posiadają wspaniałe socjalne i emocjonalne cechy. Oferują nam swoje wsparcie, ratują i prowadzą nas. Innymi słowy, są inteligentni zarówno społecznie, jak i emocjonalnieMagiczni ludzie naprawdę istnieją. Zaufaj mi, widziałem ich. Chowają się we wszystkich zakątkach naszej planety. Przebrani za normalnych ludzi. Ukrywanie się jest specjalnym sposobem ich bycia. Starają się zachowywać jak wszyscy inni. Dlatego jest tak ciężko ich znaleźć. Ale gdy już znajdziesz, nie będzie odwrotu. Nie zapomnisz ich. Nie opowiadaj o tym nikomu, ale mówią, iż ich magia jest tak potężna, że nawet jedno ich dotknięcie pozostaje z Tobą na zawsze.”

Magiczni ludzie władają dwoma głównymi składnikami inteligencji społecznej

Społeczna inteligencja definiuje się jako zdolność nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi. Według zdania Daniela Golemana, magiczni ludzie władają dwoma kluczowymi składnikami potrzebnymi do rozwijania tej umiejętności:
1) Świadomość społeczna: jest to zdolność do bycia czułym na stan wewnętrzny innej osoby, dostrzegać jej niewerbalne sygnały i rozumieć jej uczucia, myśli oraz intencje. Z tym się wiąże:
  • Bycie obok i prawdziwe słuchanie.
  • Umożliwienie tej osobie mówienia otwarcie.
  • Umożliwienie rozmowy, by zacząć poruszać się w pewnym kierunku.
  • Wiedza sposobu funkcjonowania ludzi na poziomie społecznym, by móc odczytać jej sygnały socjalne.
2) Umiejętności społeczne: jest to umiejętność nawiązywania dobrych relacji i tworzenia więzi, świadomość potrzeb innych osób. Oprócz bycia socjalnie świadomym, należy również wiedzieć w jaki sposób prowadzić płynne i skuteczne konwersacje. Aby to zrobić, musisz:
  • Nauczyć się jak się przedstawiać.
  • Dbać o potrzeby innych osób i podejmować odpowiednie działania.Suma sumarum, inteligencja społeczna jest czymś o wiele większym niż tylko proste poświęcenie czasu na wysłuchanie. Należy również głęboko się dostroić do uczuć innych ludzi i pozwolić sobie na bardziej intymne, trwałe połączenie.
    Magiczni ludzie są społecznie i emocjonalnie inteligentni, oferując ludziom dar ekspresji, co pozwala im przyciągać do siebie inne osoby.
    Jak już stwierdziliśmy wcześniej, niektóre związki dają nam szansę podzielić się tym, co nas motywuje i daje energię. Takie relacje pomagają nam angażować się w życie, zachęcają do bycia lepszym człowiekiem i dostarczają światło do najciemniejszych obszarów naszych dusz.
    Nawet jeśli takie zdolności są poza naszym zasięgiem, inteligencja społeczna i emocjonalna jest czymś, co każdy może osiągnąć. Zatem nie należy wykluczać możliwości, że kiedyś magiczni ludzie trafią się nam na naszej ścieżce życiowej i możliwości dzielenia się własną magią z innymi.
    Obrazki wstawione dzięki uprzejmości Kristiny Webb i Anne Soline
ZRÓDŁO https://pieknoumyslu.com/magiczni-ludzie-dookola-nas/

WAŻNE PYTANIA NA NOWY ROK

"Zadaj sobie pytania :
- Kim jestem ?
- Gdzie znajduję się teraz ?
- Dokąd idę ?
- Jakie mam cele ?
- W jaki sposób mogę moje cele zrealizować ?
Odpowiedzi zapisz sobie "

wtorek, 2 stycznia 2018

WYRZUĆ TO, CO NIE DZIAŁA.

Wyrzuć to, co nie działa
Wyrzuć wszystko, co nie działa. Teraz. Weź i wynieś na śmietnik.
Buty, dajmy na to, w których się potykasz, jest ci niewygodnie – na śmietnik. Talerz ze starego serwisu, na którym już nic nie podasz – wystaw przed drzwiami, może ktoś weźmie.

Karteczkę z dietą, przyczepiona na drzwiach lodówki (to już nawet nie jest śmieszne!!!)
Codzienne wieczorne rozmowy telefoniczne: „wyobrażasz sobie, co za koszmar!”, a ty: „Uhm! Koszmar!”, a sama przestępujesz z nogi na nogę, bo twój ulubiony serial zaraz się zacznie, kąpiel stygnie (pachnąca kąpiel po ciężkim dniu). Twoja znajoma (ta od telefonu) ma codziennie koszmar – po co ci to?
Wyrzuć słowa, które wypowiadasz rano do budzika: „jeszcze pięć minut”. Albo wstań od razu, albo ustaw pobudkę dla siebie, a nie dla sumienia. Nie działa!
Wyrzuć zwyczaj pocierania oczu, gdy są umalowane – albo się nie maluj, albo nie pocieraj – przecież oczy to boli!
Wyrzuty z powodu tego, czego dziś nie zdążyłaś zrobić – won.” No body is perfect „– powieś sobie na lodówce zamiast diety.
Wyrzuty z powodu przeszłych czynów, stosunków, znajomości, wyborów, które kiedyś zrobiłaś… Wyrzuty – won do diabła. Wszystko się zgadza. Co by się nie zdarzyło, to był jedyny prawidłowy wybór wtedy, w tamtej sytuacji. Żadnego żalu – tylko doświadczenie i wdzięczność. Żadnego rozmyślania „co by było, gdyby…” – albo rób, albo nie myśl. Spróbuj – jak się spodoba, to idź dalej. Lodowisko, nauka japońskiego, poznać kogoś, nowa praca, nowa fryzura, teatr… Jutro, dobrze? Choć jedną rzecz, ok? Zamiast rozmyślania, które trzeba wyrzucić.
Wyrzuć zwyczaj przepraszania po kilka razy. Wystarczy jedno szczere „przepraszam”, jeśli jest powód. Reszta to śmieci, balast.
Swetry, sukienki, dżinsy i inne badziewie, które ci nie pasuje, pogrubia, postarza – won! Żadnych „na działkę”, żadnego „do lasu”! Na przemiał! Przecież nie znalazłaś siebie na śmietniku – masz być zawsze piękna!
Wyrzuć „walizkowe relacje”, które są jak walizka bez rączki, co to i nieść ciężko i wyrzucić szkoda. Ręce ci jeszcze nie odpadły? Zdecyduj się i zamień je na eleganckie, z kółeczkami, takie, co same jadą ku radości wszystkich. Zrozumiałaś metaforę? Pięknie, lekko, komfortowo, pewnie.
Resztki kosmetyków, zbędne lekarstwa, przeterminowane kremy – won! Zasługujesz na świeże, dobre, najlepsze.
Obietnice, że „kiedyś” napiszesz, zadzwonisz, zrobisz, zaniesiesz, kupisz – jeśli wiszą ponad tydzień (no dobrze – dwa!) i nikt nie umarł, to znaczy, że są zbędne. Wykreśl.
Słowa „nie umiem”, „nie znam się” – nie działają. Dowiedz się, naucz, poznaj albo zapłać temu, co umie. Przecież nie prowadzisz hodowli kompleksów, tylko chcesz żyć wygodnie, prawda?
Wspomnienia, z powodu których trzęsą ci się ręce i masz łzy w oczach – won! Jak wrócą – ponownie delete. Nie zatruwaj sobie życia. Było – minęło.
Zwyczaj ciągłego ustępowania, bycia „grzeczną dziewczynką”, przemilczania, nawet gdy czegoś bardzo potrzebujesz, ale „co ludzie powiedzą” – wyrwij z korzeniami! Mów, proś, komentuj, wypowiadaj się – grzecznie i taktownie, ale zgodnie z własną wolą i o swoich potrzebach.
Strach przed starością, chorobą, przed nowym, wątpliwości co do swojej urody i wdzięku, brak wiary we własne szczęście – spakuj i spal, a popiół – na wiatr. To nie działa, nie pomaga. Przeszkadza żyć po ludzku.
Zepsute zapalniczki, długopisy, czajnik, kuchenkę – won. Kupisz nowe.
Zwyczaj przepieprzania czasu w internecie – wywal już teraz, zaraz, natychmiast!
Skończysz czytać – idź na spacer. Tam jest dobrze, jest świeży podmuch powietrza, słońce albo deszcz, zieleń albo śnieg. Przejdź się, pooddychaj, popatrz, posłuchaj, powąchaj.
To żyje.
To działa.
ZRÓDLO INTERNET

sobota, 30 grudnia 2017

RODZICE - CZEMU TAKICH WYBRAŁEM ???

Rodzice.
 W życiu możemy zmienić naprawdę wiele. Prawie wszystko. Ale to, czego nigdy się zmienić nie da, to Rodzice. Ludzie, którzy przyczynili się do tego, że jestem tutaj, że Ty jesteś. Cokolwiek byś o nich nie myślał. Jakikolwiek byłby Twój do nich stosunek, to się nie zmieni. To jest twoja mama i twój tata. Mama, która cię urodziła i tata, który w dużej mierze przyczynił się do tego .
Przeglądałam wczoraj zdjęcia z dzieciństwa. Przypomniałam sobie moich rodziców, gdy byłam dzieckiem. Jak żyli, jak się zachowywali, z czym się borykali. Ich ideały, pragnienia, słabości, lęki, oczekiwania, dążenia. Ogarnęło mnie ogromne współczucie dla nich i dla siebie.

Czy byli idealni?. Oczywiście, że nie. Czy ja byłam idealnym dzieckiem? Z całą pewnością - nie . Ulżyło mi jeszcze bardziej. Kiedy sobie uświadomiłam, jak wiele dobrego potrafię wziąć od nich, do swojego życia - pomimo. Otwartość na świat, życie i ludzi. Gościnność. Umiejętność przyciągania do siebie innych. Zaradność, samodzielność, niezależność, umiejętność bycie w świecie i dobrych z nim relacji.

Zbyt często koncentrujemy się na tym, czego nie było, co nie zostało powiedziane, co nie zostało dane – a co wszystko być powinno. I kiedy nie potrafimy przyjąć tego, co po prostu zostało dane, nie potrafimy wziąć więcej – ani od nich, ani od świata i ludzi. Obarczamy świat, swoimi niespełnionymi oczekiwaniami i dziwimy się, że świat nie chce nas przyjąć tak, jak sobie to wyobrażamy. Ciągle balansujemy między własnymi pragnieniami a tym, co wydaje nam się możliwe.

Kiedy uświadamiasz sobie, że sam wybrałeś swoich rodziców. Jasno zobaczysz jaki tak naprawdę masz/miałeś stosunek do siebie, ale również do świata i ludzi. Tego nie da się od siebie oddzielić. Choćbyś z całych sił próbował. Niezależnie od tego, jakie było twoje dzieciństwo, jest też dobra wiadomość . Kiedy potrafisz przyjąć to co było, to co dostałeś. A przyjąć potrafisz tylko wtedy, gdy masz uznanie, wdzięczność i szacunek. Potrafisz przyjąć znacznie więcej. Więcej od nich, od świata i od ludzi. Poczuć uznanie i szacunek potrafisz tylko wtedy, gdy masz pokorę. Pokorę, która sprawi, że się wycofasz z pozycji: „JA. Ja jestem najważniejszy i Wasza to wina, że tego nie dostałem i że wciąż jestem tak daleko od tego co dobre, ze świata i ludzi”.

Widzisz, to wszystko brzmi tak banalnie. Kochaj, szanuj, doceniaj. Ale cała banalność zanika, kiedy naprawdę przychodzi doświadczenie. Tak jak i przestajesz bazować już tylko na swoim dobrze wyszkolonym umyśle. Którego wyszkoliłeś po to, by w końcu stworzyć wokół siebie „idealny” świat, o jakim marzyłeś. Otwarty umysł, sprawi że będziesz z łatwością kreował na miarę swoich pięknych wyobrażeń. Otwarte serce, pomoże ci wychodzić poza swoje najpiękniejsze idee. Ale dopiero POKORNE SERCE sprawi, że staniesz się uczestnikiem cudów, jakich do tej pory sobie nie wyobrażałeś i jakich wcześniej nie poznałeś. Pokora sprawi, że wszystko się zmieni. Ty, świat, ludzie. Bo niczego już nie będzie na zewnątrz Ciebie. Dlatego tak łatwo będzie Ci kochać innych i tak łatwo będzie im patrzeć na Ciebie.
Kiedy naprawdę przyjmiesz ludzi, którzy ofiarowali Ci - Siebie, abyś Ty mógł przyjąć swoje Życie. Dopiero wtedy doświadczysz w sobie, jak wielkim darem są dla Ciebie.
I cudem stanie się Twoje Życie. A Ty – darem dla Świata. Świata, którego największym pragnieniem jest odkrywać – jak wielkim CUDEM JESTEŚ. 

CO ROBIĘ





czwartek, 28 grudnia 2017

12 dni Godów - ukradzione Święto

Jezus wcale nie urodził się 25 grudnia. Datę tę wybrano, by zastąpić dawne święta pogańskie. Tego dnia celebrowano narodziny popularnego wśród obywateli Cesarstwa Rzymskiego boga Mitry oraz święto Słońca Niezwyciężonego. Natomiast u Słowian ten dzień wchodził w okres dwutygodniowych Godów – świąt nowego Słońca, uosabianego w postaci Swarożyca. W wierze przyrodzonej zimowe przesilenie stanowiło najważniejszy punkt cyklu liturgicznego. Hierarchowie chrześcijańscy świadomie na koniec grudnia wyznaczyli dzień świętowania urodzin Jezusa, by starą tradycję pogan włączyć do ich nowego produktu ideologicznego. W ten sposób ukradli święto naszych przodków, by łatwiej nad nimi zapanować.

21-22 grudnia Słowianie obchodzili Szczodre Gody, zwane także świętem Zimowego Staniasłońca – podaje innemedium.pl. To jedno z czterech najważniejszych słowiańskich świąt solarnych. Wyznaczało nie tylko początek nowego roku słonecznego, ale także początek roku liturgicznego i wegetacyjnego. W czasie Szczodrych Godów następowało przesilenie zimowe, dni ponownie stawały się dłuższe a noce krótsze. Następowało symboliczne zwycięstwo boga słońca-światła czyli Swarożyca nad ciemnością. Zaczynał się nowy życiodajny cykl, w którym Słońce-Swarożyc rozpoczynał swą podróż, oświetlając Matkę Ziemię Mokosz.
Nie ma żadnych dowodów historycznych, że Jezus urodził się 25 grudnia. W pierwszych wiekach nowej wiary narodzenie jej boga wyznaczano na 20 dzień kwietnia lub maja. Klemens Aleksandryjski (żyjący w latach 150-215 n.e. Ojciec Kościoła, święty katolików i prawosławnych) napisał: „Są tacy, co ustalili nie tylko rok, ale nawet dzień Pańskich narodzin i twierdzą, że miało to miejsce 28 roku panowania Augusta, 25 dnia egipskiego miesiąca pachon. […] Inni wskazują na 24 lub 25 dzień pharmuthi”. Po przeliczeniu daje to 20 kwietnia lub 20 maja.
Cześć Słońcu i penisowi
25 grudnia stał się, w tradycji zachodniej, dniem narodzin Jezusa dopiero w IV w. n.e.. Pierwsza wzmianka o obchodzeniu tego święta pochodzi z manuskryptu „Kalendarz 354 roku”. W tym samym dniu w Cesarstwie Rzymskim obchodzono święto Sol Invictus (Słońca Niezwyciężonego), upamiętniające „narodziny” nowego słońca. Natomiast na kilka dni przed Bożym Narodzeniem wypada przesilenie zimowe obchodzone w wielu rodzimych religiach Europy, m.in. Słowiańskiej.
Życie duchowe „pogan” było bogate i pierwsi chrześcijanie czerpali z niego pełnymi garściami. Tak stało się z obrzędowością Godów, włączonych do celebry Bożego Narodzenia. Podobnie stało się z Wielkanocą, która była w wierze przyrodzonej związana z kultem płodności – stąd we współczesnej symbolice jajka, króliczki czy zajączki. To samo dotyczy obrządku poświęcania/pokropienia pokarmów czy domów przez księdza. Kropidło kapłana to bowiem… symbol penisa w wzwodzie, a kropienie odpowiada wytryskowi nasienia, czyli jest to swoiste błogosławieństwo płodności domowi.
Przodków świętowanie
Podczas Szczodrych Godów Słowianie na prawie dwa tygodnie zaprzestawali pracy fizycznej, po to by spędzić czas w rodzinnym gronie. Dla – od tysiącleci rolniczego ludu – ten okres był idealny do świętowania. Żadnych prac w polu czy sadzie nie można było prowadzić z przyczyn naturalnych (zima), a domowe spiżarnie pełne były zapasów z letnich i jesiennych zbiorów. Wiara w możliwą w tym czasie łączność pomiędzy światami sprawiała, że święta dla Słowian były wyjątkowo rodzinne, gdyż poza żyjącymi bliskimi można było nawiązać kontakt również z tymi, którzy już odeszli z tego świata. Puste miejsce przy stole pozostawiano nie dla jakiegoś anonimowego wędrowca czy spóźnionego krewnego, ale dla zmarłych przodków rodu, tzw. Dziadów, którzy w czasie obchodów Szczodrych Godów mieli możliwość łączności z naszym światem. Dzięki temu świąteczne ucztowanie było okazją do tego, by cały ród zjednoczył się przy jednym stole. Słowiańskie obchody łączyły więc wyciszenie i wspominanie tego co minęło, z radością i hucznym świętowaniem nadejścia nowego.
Sianko, przystrojone drzewko i 12 potraw
Sposobem na zapewnienie sobie dobrobytu na przyszłość było układanie pod obrusem na czas uczty sianka, jako ofiary dla bóstw wegetacyjnych: Welesa, Mokoszy czy Rgieła. Siano rozsypywano nie tylko pod obrusem, ale też dookoła całego stołu. W tych samych miejscach rozrzucano również ziarna, których symbolika dla żyjących z rolnictwa Słowian była oczywista. Wspomniane sianko jeszcze przez długi czas po nastaniu chrześcijaństwa było wykorzystywane do tradycyjnego świątecznego wróżenia. Wyciągnięcie zielonego źdźbła zwiastowało zdrowie, z kolei takiego z kłosami – dostatek, zaś suchego – nadchodzące problemy. Dziś sianko spod obrusa jest opacznie kojarzone ze stajenką, w której narodził się Jezus Chrystus.
Za to pod sufitem zawieszano ścięty czubek drzewka iglastego (najczęściej sosny), który przyozdabiano jabłkami, orzechami, ciasteczkami, świeczkami, a także łańcuchami. Poszczególne ozdoby miały swoją symbolikę: jabłka zapewniały zdrowie i urodę, orzechy – bogactwo i siły witalne, wypieki – dostatek, świeczki – ochronę przed złymi mocami, łańcuch – więzy rodzinne. Z czasem takie drzewko (zwane podłaźniczką) zastąpiła choinka, zaś jabłka zostały wyparte przez przypominające je czerwone lub złote bombki, a orzechy – przez inne drobniejsze ozdoby. Choinka w dzisiejszej postaci została do Polski sprowadzona z Niemiec dopiero pod koniec XVIII wieku.
Najwięcej starosłowiańskich wierzeń zachowało się na polskim stole wigilijnym.Dzisiejszy zwyczaj przygotowywania 12 potraw wigilijnych to pozostałość po pogańskim dziękczynieniu za zbiory. Dlatego, że wypadało podziękować bogom za cały rok – za wszystkie dwanaście miesięcy. Ponadto główne potrawy wywodzą się z pradawnych uroczystości tryznowych (styp). Przykładem takiego dania zadusznego jest kutia – przygotowywana z obtłuczonej pszenicy, maku, słodu, miodu, orzechów, a z czasem również bakalii. Natomiast na groby bliskich zanoszono mak, groch, fasolę, bób, pszenicę, owoce, grzyby i miód. Część z tych składników stała się stałym elementem wigilijnych dań: pierogów, uszek i wypiekanych ciast (np. makowców).
Symbolika dwunastki ma również odzwierciedlenie w okresie trwania Szczodrych Godów przez kolejnych dwanaście wieczorów – przypomina strona Sławosław. W tym czasie szczególnie ważne było też sute ucztowanie, aby wspomóc Słońce w starciu z siłami ciemności.
NA ZDJĘCIU: wizerunek Swarożyca, FOTO: weneda.net
Jeśli masz ochotę – zapisz się na ukazujący się raz w tygodniu newsletter informujący o nowych wpisach na naszym blogu. Wystarczy przysłać e-mail z hasłem NEWSLETTER w tytule na adres:rudaweb.pl@gmail.com

ZRÓDŁO http://rudaweb.pl/index.php/

środa, 20 grudnia 2017

W JAKIM WYMIARZE JESTEŚ ???

Mamy szczęście żyć w czasie, kiedy dwie różne częstotliwości istnieją jednocześnie. Doświadczamy dwóch skrajnych rzeczy, starego i nowego. Wymiary przeplatają się – mamy do czynienia ze światem 3D, który skupiony jest na materii oraz ze światem 5D, który żyje w polu serca. Trzeci wymiar łączy się z wymiarem piątym, dzięki kładce, którą jest wymiar czwarty.
Zasadniczą różnicą między trzecim, a piątym wymiarem jest postrzeganie. Odbiór rzeczywistości i cała percepcja są diametralnie różne. Możemy chodzić po jednej ulicy (ludzie z 3D i 5D) ale żyjemy w dwóch różnych światach. Jesteśmy w tym samym miejscu, wchodzimy w te same sytuacje co zwykle, a grono naszych znajomych pozostaje takie same. Zmieniamy jednak myślenie, a to z kolei zmienia życie – w końcu jesteśmy w piątym wymiarze, choć w oczach innych możemy pozostać tacy sami.
Odczuwamy miłość do świata, innych i siebie. Doświadczamy siebie tu i teraz, zamiast biegać po przyszłości i przeszłości. Wibrujemy wysoko – odrzucamy strach, gniew, złość, zazdrość. Zmieniamy się, a wraz z nami zmienia się świat.

Po czym możemy poznać człowieka z piątego wymiaru?
  1. Szuka wewnątrz siebie sensu istnienia. Dociera do samowiedzy, własnych prawd i odkryć.
  2. Uzdrawia – siebie i innych. Wie jak przekazywać energię i nadaje jej odpowiedni kierunek.
  3. Pielęgnuje pewność siebie – po prostu wie: nie ma nadziei, nie czeka na gotowe, idzie przed siebie i doskonale wie po co idzie.
  4. Wie doskonale, że życie jest w jego rękach i bierze za nie odpowiedzialność.
  5. Spełnia się dając, a nie tylko biorąc. Człowiek 5D dąży do równowagi w braniu i dawaniu.
  6. Szanuje odrębność innych. Ma świadomość, że nie ma kontroli ani wpływu na innych ludzi.
  7. Jest minimalistą – upewnia się, że potrzebuje, zanim zaspokoi swoje zachcianki.
  8. Nie traci energii na ludzi i sprawy, na które nie warto jej tracić.
  9. Odcina się od wampirów energetycznych.
  10. Nie walczy z systemem – robi swoje i zmienia świat wiedząc, że zmiany zaczyna się od siebie.
  11. Nie traci cierpliwości – wie, że nie ma sensu denerwować się wszystkim tym, na co nie ma się wpływu.
  12. Ma świadomość, że może mieć wszystko i być tym, kim pragnie być.
  13. Wie, że żyje wiecznie: akceptuje fakt, że istnieje życie po śmierci, że dusza jest nieśmiertelna.
  14. Wie, że transformuje oraz daje przyzwolenie na transformacje innych.
  15. Nie zajmuje się niskimi energiami: odpuszcza złość, zazdrość, gniew. W zamian decyduje się na podziw, otwartość i wdzięczność.
  16. Żyje intensywnie i korzysta z życia, szkoda mu czasu na wegetację.
  17. Żyje tu i teraz, odpuszcza dryfowanie po przyszłości i topienie się w przeszłości.
  18. Wie, że szczęście ma w sobie i jest to stan, który można uzyskać bez względu na okoliczności.
  19. Kreuje swoją rzeczywistość siłą manifestacji. Tworzy dzięki temu takie życie, na jakim zależy mu najbardziej.
  20. Kieruje się w stronę rzeczy niematerialnych – odchodzi od materii i zatapia się w doświadczaniu przyjaźni i miłości.
  21. Żyje w harmonii z samym sobą. Słucha swojego ciała i swojej duszy. Karmi ją i trzyma w ryzach swoje ego.
  22. Traktuje napotkane osoby jak swoje lustro i dzięki temu pozwala sobie na rozwój.
  23. Widzi różnice między istotami, ale akceptuje je w pełni.
  24. Otwiera się na wizje i świadome sny.
  25. Wierzy w światło i energię.
  26. Zdaje sobie sprawę z tego, że 5 wymiar to częstotliwość, a nie miejsce.
  27. Próbuje nowych rzeczy i jest otwarty na wychodzenie ze swojej strefy komfortu.
  28. Wie, że najważniejsze jest bezpośrednie połączenie ze Źródłem/Bogiem, nie religia.
  29. Wie, że dualizm występuje jedynie do 3 wymiaru włącznie.
  30. Łączy się z wyższym “ja”. Poznaje siebie na poziomie duszy, a jako skutek uboczny, rozwija swoje umiejętności duchowe – jasnowidzenie, intuicję, telepatię.
A Ty? Jak blisko piątego wymiaru już jesteś?

Nadine Lu

Źródła:
http://www.w-przestrzeni-serca.pl/nowa-ziemia/71-3d-do-5d-5d-do-3d.html
https://obudzeni.com/transformacja-ludzkosci-na-ziemie-5d/
http://www.augustynski.eu/piaty-wymiar/
https://przeslanie.blogspot.com/2016/11/pierwszy-etap-ponadczasowosci.html?spref=fb


Grafiki: unsplash.com

Joseph Murphy :: Potęga Podświadomości

wtorek, 14 listopada 2017