
CO₂ – straszak idealny, czyli jak sprzedać powietrze dwa razy
„Nie dajcie się nabrać” – to zdanie coraz częściej pojawia się w rozmowach ludzi, którzy mają poczucie, że coś tu się zwyczajnie nie klei. Bo im dłużej słuchają oficjalnej narracji klimatycznej, tym bardziej widzą, że nie chodzi już o ekologię, lecz o emocje, strach i pieniądze.
Zacznijmy od faktu, który jest niewygodny dla całej tej opowieści: CO₂ stanowi około 0,04% atmosfery. To nie jest opinia, to pomiar. Gaz śladowy. Jeden z wielu. A jednak właśnie on urósł do rangi egzystencjalnego zagrożenia dla planety, nowego wcielenia apokalipsy. Dlaczego? Bo idealnie nadaje się do straszenia – jest niewidzialny, bezwonny i nie da się go „zobaczyć” w codziennym życiu.
Narracja klimatyczna opiera się na prostym schemacie:
A winny, jak zawsze, jest zwykły obywatel.
Tymczasem liczby – te same, które tak chętnie przywołują autorzy raportów – mówią coś zupełnie innego, niż sugerują nagłówki. Całkowita emisja CO₂ działalności człowieka to około 42–43 miliardy ton rocznie. Brzmi groźnie? Może. Dopóki nie zestawi się tego z emisją naturalną, która wynosi ponad 770 miliardów ton rocznie. Lasy, gleby, oceany, rośliny, zwierzęta – cała biosfera nieustannie emituje CO₂. Bez ideologii. Bez podatków. Bez handlu certyfikatami.
W tym kontekście udział człowieka to około 5% globalnych emisji. Pięć procent. A mimo to próbuje się wmówić społeczeństwom, że to właśnie one „palą planetę”.
Idźmy dalej. Nawet jeśli – na potrzeby tej narracji – przyjąć, że CO₂ odpowiada za 9–25% efektu cieplarnianego, to udział całej gospodarki człowieka w tym mechanizmie spada do około 1,3%. I to jest moment, w którym zaczyna być naprawdę niewygodnie. Bo trudno uzasadnić radykalne ograniczenia, drastyczne koszty i masową regulację życia, gdy mówimy o ułamkach procenta.
A teraz Europa – oczko w głowie klimatycznych reformatorów. Około 8% światowych emisji CO₂. Jeśli więc trzymać się tej samej logiki, udział Europy w „ratowaniu klimatu” wynosi… 0,104% potencjalnego wpływu na efekt cieplarniany. Promile. Ułamki. Statystyczny szum.
I właśnie tu pojawia się pytanie, którego nikt nie chce zadać głośno:
czy naprawdę chodzi o klimat, czy o pieniądze i kontrolę?
Handel emisjami, certyfikaty CO₂, podatki klimatyczne – to wszystko tworzy nowy rynek oparty na powietrzu, które do tej pory było dobrem wspólnym. Teraz staje się towarem. Mierzonym, wycenianym i reglamentowanym. Strach jest tu niezbędny, bo bez strachu nikt nie zgodziłby się płacić za coś, co jeszcze wczoraj było oczywistością.
Unia Europejska w tej historii nie jawi się jako obrońca środowiska, lecz jako laboratorium ideologiczne, w którym testuje się, jak daleko można się posunąć w narzucaniu kosztów pod pretekstem „ratowania planety”. Efekt? Droższa energia, uboższe społeczeństwa i rosnąca frustracja – przy praktycznie zerowym wpływie na globalny klimat.
To nie jest negowanie przyrody. To nie jest nawoływanie do niszczenia środowiska. To jest sprzeciw wobec manipulacji strachem, wobec robienia z CO₂ nowej religii, a z obywatela – winnego z definicji.
Bo gdy ktoś próbuje sprzedać ci lęk w pakiecie z podatkiem, zawsze warto zapytać:
kto na tym zarabia – i dlaczego akurat ty masz za to płacić?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz